wtorek, 22 lipca 2014

Zbieram się po operacji. 
Zbieram się fizycznie, bo psychicznie jestem w czarnej d...

Lekarz już po raz trzeci, tym razem dość dobitnie, powiedział o możliwości wytwarzania przeciwciał...
O ewentualnych testach...
I o tym, że niektóre pary NIGDY nie mogą mieć ze sobą dzieci...

Przy najbliższej okazji (może już w ten piątek podczas ściągania szwów ) postaram się wyjaśnić mnóstwo wątpliwości.

Poczytałam o tych przeciwciałach przeciwplemnikowych i ich obecność u  mężczyzny, oznacza, autoagresję układu immunologicznego .Ich powstawaniu sprzyjają urazy jąder, choroby, lub stany zapalne. I w zależności ile jest tych przeciwciał i gdzie są one umiejscowione zależy powodzenie leczenia.
 Ale jeżeli już występują, to w cudowny sposób w ciąże się nie zajdzie. Potrzebna terapia.

Druga opcją są przeciwciała wytwarzane przez ciało kobiety. One uniemożliwiają zapłodnienie.
Ot, tak naturalna antykoncepcja.

Zastanawiam się, czy są możliwości leczenia, czy będziemy mogli, któreś z tych badań wykonać na NFZ.  Czy mój lekarz będzie mógł wystawić takie skierowania. Same badania to też jakiś hard core.

Koniecznie muszę pogadać z lekarzem. To dzięki jego podejściu to tego, wciąż mam nadzieję.... To jego wyjaśnienia pozwalają mi wierzyć.

Poza tym - seks. To kolejny kłopot. Niby cykl przebiega normalnie.... Zaczynają się dni płodne... Lekarz nie widzi ŻADNYCH przeciwwskazań aby  w tym cyklu normalnie się starać....
Ale ja zaczynam widzieć przeciwwskazania. Nie ma ochoty.... Czuję obrzydzenie na myśl, że ZNÓW mamy się kochać.... 
Chciałabym udać się do szpitala, dostać narkozę  i obudzić się będąc już w ciąży.
Nie mam ochoty na seks z własnym mężem. Nie wiem, czy i kiedy to przejdzie. Czy w ogóle wróci radość z seksu. Tego już nie można nazwać "kochaniem się"
Seks stał się tylko celem do zajścia w ciążę.
Co, którzy wiedzą mówią - trzeba wyluzować, przestać myśleć....
Nikt, nie mówi JAK to zrobić  !! Mam 33 lata, T. ma 40. Czas się nie cofa, z każdym miesiącem mamy mniej czasu...
Bardzo chcę mieć dziecko. To chyba naturalna kolej rzeczy... Niektóre kobiety przez całe życie nie mają tego problemu. Po prostu nie czują potrzeby bycia mamą. I ja to rozumiem. 
Nigdy nie pytam - "Dlaczego ?"
Nie chcą to nie chcą. 

A ja niestety chcę.
Dotąd nie czułam się tak paskudnie. Każde kolejne badanie powodowało, że wstępowała we mnie większa nadzieja...cieszyłam się, że wiemy, że to nie ta czy inna przyczyna....
Tym razem jest inaczej. 
Tracę nadzieję. Być może lekarz wyczuł, że zaczynam sią łamać i dlatego tak dobitnie zaczął mi uzmysławiać pewne rzeczy, a może, po prostu chciał zwrócić moją uwagę na ten problem....

Najgorsza jest świadomość, że nie jestem sama, takich par jak my jest wiele....ciekawe le z nich zostaje naturalnymi rodzicami, ile z nich rozpada się nie mogąc poradzić sobie z problemem niepłodności




piątek, 18 lipca 2014

I po badaniu drożności.

To co przeżyłam to moje....dobrze, że dogadałyśmy się ze Szwagierką która dwa dni przed przyjęciem do szpitala uświadomiła mi, że to będzie regularna operacja.


Przeglądnęłam tysiące stron o badaniu drożności i jakoś nigdzie nie wyczytałam o laparoskopii z chromotubacją. Czyli badanie/ udrożnianie jajowodów w znieczuleniu ogólnym.
Trzydniowa, moja pierwsza wizyta w szpitalu i od razu z pełną pompą....
Narkoza, blok operacyjny... Dobrze, że pod okiem  ulubionego lekarza S.

Po tym pobycie jestem tym bardziej nim zachwycona. Szkoda, że nie ma specjalizacji w leczeniu niepłodności. Tak bardzo nam pomaga...jest ciepły i serdeczny. Jego żarty zawsze rozładują napięcie, wstyd i zażenowanie.

Po raz pierwszy, na skierowaniu, zostało napisane - NIEPŁODNOŚĆ. Paskudne słowo...teraz wciąż mam je przed oczami... Leczenie niepłodności....!!!!!

Laparoskopia z chromotubacją.
Zostałam przyjęta na odział ginekologiczny rano. W tym samym dniu zostały wykonane podstawowe badania krwi, wywiad z anestezjologiem i EKG. Wszystkie były ok. 
Wieczorem zostałam uraczona preparatem na przeczyszczenie, flaszka z płynem do szybkiego opróżnienia. Smak paskudny...ale preparat skuteczny :/
Na drugi dzień rano, otrzymałam tzw "głupiego jasia", zostałam zacewnikowana, zawenflonowana i po chwili zabrana na salę operacyjną. Tam podano mi narkozę i po jej podaniu pamiętam dokładnie 3 oddechy... Obudziłam się w sali pooperacyjnej, kiedy zostałam poproszona o pomoc w przeniesieniu się na łóżko.
Po narkozie, zostałam nacięta w pępku i dwa nacięcia tuż nad wzgórkiem łonowym. Przet te otwory zostały wprowadzone urządzenia, oraz 2,5 l gazu, który rozdął mój brzuch i pozwolił "wszystko zobaczyć" Na koniec zostały założone 4 szwy. 
Bólu nie czułam żadnego, nawet kiedy doszłam  już do siebie... Pod wieczór zaczęła boleć mnie głowa, i po próbie wstania zwymiotowałam.... Otrzymałam leki przeciwbólowe i kolejny zastrzyk w pupę, przeciwwymiotny... 
Jakie to jest żenujące. Było mi strasznie wstyd, przed mężem i położną pielęgniarką, która się mną zajmowała. Czułam się bezradna, słaba i brudna.... Ja, która zawsze trzyma się twardo...
 
Wieczorem zostałam uwolniona od cewnika - paskudne uczucie,.....brrr
i do rana spałam jak dziecko. Rano czułam się dość dobrze i zostałam wypisana do domu. Prawie natychmiast po wyjściu ze szpitala, zalałam się krwią. Przerażona zadzwoniłam do lekarza, który stwierdził, że nie jest to normalne, ale....nie mam się niepokoić i poczekać do następnego dnia. Dopiero popołudniem rozpoczęły się okropne bóle promieniujące do prawego barku, jak się później dowiedziałam od lekarza, to dość powszechne po laparoskopii. 
Dziś wciąż krwawię, byłam u lekarza, ale chyba nie chciał mnie męczyć kolejnymi badaniami i wspólnie ustaliliśmy, że jeżeli nie krwawienie nie ustąpi do jutra, to mam się ponownie u niego stawić.


Wynik badania - idealny. Jak lekarz stwierdził - książkowy :/ 
Z jednej strony bardzo mnie to ucieszyło....a z drugiej - to znów nie to. Lekarz coraz częściej zaczyna wspominać o tym, że być może wytwarzamy przeciwciała....i albo mój organizm, albo organizm T. atakuje plemniki i nie pozwala na zapłodnienie.

Znów zaczynam się obawiać co teraz...
Na razie, czekamy na zakończenie tego cyklu, lekarz nie widzi przeciwwskazań do starań się w tym cyklu....ale na razie...po prostu nie mam ochoty.... 
Wszystkie te badania, lęki i obawy, powodują, że seks nie jest przyjemny, Jest złem koniecznym...

Jestem po długiej rozmowie z lekarzem S. Jego sugestia sprawiła, że jednak zdecydujemy się na klinikę w Gdańsku INVICTA. Mamy umówić się na wizytę, pojechać z badaniami i wynikami jakie posiadamy....i zgłosić się do lekarza, jak będziemy wiedzieć co nas jeszcze czeka. 
Być może będzie mógł dla nas zlecić jakieś badania na NFZ. Anioł nie człowiek.... nawet jeżeli nie oceniam go TYLKO jako lekarza, ale również jako człowieka. Jest taki normalny. Myślę, że moglibyśmy się z nim zaprzyjaźnić...

Teraz czekamy na zakończenie krwawienia, zakończenie cyklu i na początku kolejnego znów zawitam do Doktorka - tym razem po skierowanie na badanie AMH - rezerwy jajnikowej.
To są badania podstawowe, które będą potrzebne do kliniki.

Coraz częściej zastanawiam się, dlaczego MY?....czemu NAS to spotyka...

czwartek, 10 lipca 2014

Czuję, że muszę.....

Muszę, napisać.....
Od wczoraj czuję, że muszę...
Inaczej zwariuję.
Nie da się o tym z nikim porozmawiać, ludzie albo unikają tematu, bo nie wiedzą co powiedzieć, albo kompletnie nie zwiedzą o czym mowa i....unikają tematu. Trudno ich nie rozumieć, żadna kobieta, para, której udało się zostać bez problemu rodzicami, nie czuje tego co my.

Tak! Walczymy o dziecko. Chcemy zostać rodzicami.
Od kilku lat próbujemy.
Zdrowa dieta, termometry, testy, zioła....i coraz większa determinacja. 
Potem złość, zniechęcenie, wizyta u lekarza....czekanie.
Tutaj nie da się iść na skróty, cykl trwa prawie miesiąc. Badania wykonuje się w tym, czy innym dniu cyklu, więc skoro nie udało dostać się do lekarza Tu i Teraz, to kolejny miesiąc do dupy...



Od ponad roku szwendamy się po lekarzach, gabinetach, laboratoriach, w między czasie bzykamy się w odpowiednim czasie przyjmując kolejne tabletki, zastrzyki, przechodząc zabiegi i zastanawiając się, czy zdecydować się na kolejną inseminację,  czy już możemy przystąpić do kwalifikacji in vitro, czy szukać ośrodka adopcyjnego....

A tu kolejny miesiąc temperatura zgodnie z określonym dniem cyklu spada. Czyli się nie udało. Dziś popołudniu najpóźniej wieczorem dostanę ten cholerny okres. 
I co teraz ??

Teraz oby okres jak najszybciej się skończył, bo już  w przyszłą środę, badanie drożności jajowodów.
Lęk...przed nieznanym. Jak będzie, czy to boli, na forach ( coraz rzadziej zaglądam na fora) piszą, że ...boli, nie boli, znośnie było, koszmarnie... 
Trudno, nikt nie umarł po tym zabiegu to i ja wytrzymam. Chyba.

A co potem ??
No to zależy od wyniku. I znów człowiek czepia się nadziei, że to na pewno to i następny miesiąc, kolejny cykl będzie tym, w którym uda się ujrzeć, te cholerne dwie kreski na teście. 
Ale w międzyczasie (taaaaaa - międzyczas jest ZAWSZE - czyli wtedy kiedy nie czekasz na kolejną wizytę, nie masz akurat dni płodnych) trzeba zdecydować co dalej

I znów - poszukiwania kliniki.
 Tutaj,  w mieście  oddalonym o 50 km, bo przecież na wizyty czasem trzeba będzie jeździć codziennie, co drugi dzień, co tydzień....ale opinie klinika ma średnie - no ale jest blisko. 

Dalej, 120-140 km...niby lepsze opinie, ale jeździć tak daleko, a czy my to z praca pogodzimy, czy finansowo damy radę ? Czy kłopoty z zajściem w ciążę, problemy dotykają tylko bogatych ? Czy tylko ja boję, się, że mnie nie stać. Bezpłatna opieka lekarska - kpina naszego wieku. Każda inseminacja to 1000 zł +wizyta, refundowane in vitro - kilka tysięcy złoty (badania potrzebne zakwalifikowania kosztują mnóstwo pieniędzy, których nikt nie refunduje )
Do tego leki i witaminy....

Czy udać się na pierwszą (płatną) wizytę do kliniki leczenia niepłodności z badaniami i wynikami które już mamy ? A co jeżeli zlecą kolejne już płatne badania ? 
Idealnie byłoby znaleźć lekarza u nas w mieście, który będzie mógł wypisać skierowania na badania na NFZ które zaleci klinika. 

A czas ucieka.....może adoptować dziecko ? Trzeba się pośpieszyć, bo....jakieś przepisy, wewnętrzne uregulowania mówią, iż między rodzicami adopcyjnymi a przysposobionym dzieckiem nie może być większej różnicy niż 40 lat. T. ma 41 lat, ja 33. Czy przepis ten mówi o jednym, czy obojgu rodziców - już nigdzie nie piszą. Jesteśmy zdecydowani adoptować dziecko do 2,5 lat. Procedury adopcyjne trwają....czasem długo. Wszystko zależy od widzimisie ludzi, którzy pracują w takich ośrodkach.... Wiem, że w takich ośrodkach trwa swoista loteria. Zdrowe, maluszki idą do "znajomych i krewnych królika" Reszta może ewentualnie brać co zostaje......

I to ogólne niezrozumienie... Wkoło rodzą się dzieci - u znajomych, szwagrów, bratowych.... Chrzciny, spotkania - a człowieka po czymś takim aż skręca. 
Mama wie o co chodzi, teściowej chyba to nie interesuje. NIGDY nie zapytała, co robimy, gdzie się leczymy, jak się leczymy. Wystarczy jej, że WIE, że się leczymy. 

Małż też to przeżywa. Wiem, widzę..... Nie wiem co on czuje, kiedy kolejny raz okazuje się, że ZNÓW się nie udało....kiedy widzi jak się miotam, zastanawiam się co dalej. 

Jak oswoić walkę, jak zbudować wokół tego normalne życie. Jak zaplanować przyszłoroczny urlop...człowiek myśli - przecież mogę być w ciąży, na pewno będę w ciąży, albo będziemy mieli już dziecko. Małego Gnojka.... Nie Słodziaka, Niunię, Skarbeńka, Córunię, Syneczka - małego Gnojka, 
Tak o NIM w tej chwili myślę. 

Tak, mebelki do pokoju Gnojka wybrane, już wiem, jak pomalujemy ściany. Imiona wybrane..... 
Ale to było na początku ekscytujące, wykresy i mierzenie temperatury - nawet zabawne na początku, seks na zawołanie był śmieszny.... Teraz myślę, żeby już było po wszystkim.... Być już w tej cholernej ciąży, nie musieć więcej myśleć...