poniedziałek, 13 października 2014

niezależność.....

Nasz zabieg sfinansują nasze rodziny. Moi rodzice, mama Połówka i jego brat z bratową.

Co mam powiedzieć....jeżeli chcemy mieć dziecko, mogę tylko pokornie powiedzieć - dziękuję.
I nawet nie o to chodzi, że tej wdzięczności nie czuję. Jestem bardzo wdzięczna....

Ale....

Dążyliśmy to tego aby wyprowadzić się "na swoje" aby być NIEZALEŻNYM. 
Aby nikt nie miał prawa mówić mi co mam robić....a teraz....czuję się kompletnie do niczego. 
Naszą niezależność szlag trafił....no bo niby jak mam teraz powiedzieć - moja sprawa...
Bo to już nie jest tylko nasza sprawa.
Może to nic takiego...

Teraz musimy wszystko utrzymać w tajemnicy przed siostrą męża.... Bo ona jest przeciwko in vitro.
I byłaby wstrząśnięta, że będziemy "MORDOWAĆ" dzieci - i niby jak mam teraz powiedzieć.....wisi mi to, bo to MOJA decyzja, MOJE życie i MÓJ wybór.... 
Bo to już nie tylko moja sprawa....

Teściowa już (oczywiście nie przy mnie ) skomentowała.... - Tylko co TO będą za dzieci Z TEGO.
Będą miały po 4 rączki i będą zielone. Może będą zionąć ogniem piekielnym....i może mnie w tym usmażą....
Boję się, że tak właśnie będą traktowane przynajmniej przez TĘ część rodziny. Zwłaszcza po takim komentarzu !!
Hmmm.... Dzieci będą NASZE! Moje i Połówka. Nasze !

Najbardziej nie lubię, kiedy swoje zdanie wypowiadają osoby nie wiedzące kompletnie nic w temacie.
Nie wiedzą jak wygląda procedura zapłodnienia pozaustrojowego. Jak wygląda mrożenie zarodków - właśnie ! - zarodków - nie zapłodnionych komórek. I  najgorsze jest to, że nawet nie chcą wiedzieć....przecież mogłabym to wyjaśnić, podrzucić lektury, ale....

Z jednej strony czuję radość, że jednak będziemy mieli szansę spróbować, z drugiej strony - czuję niesamowitą presję....niechęć
Dwa bardzo skrajne uczucia...

Wciąż myślę - dzieci..... Chciałabym aby było ich od razu  dwoje....

Do wizyty jeszcze 21 dni


wtorek, 7 października 2014

Nie zakwalifikowaliśmy się

Już wiem, co znaczy wypłakać wszystkie łzy.
Być wyzutym z uczuć. 

Walka o upragnionego dzieciaka dostarcza tak wiele nowych uczuć.... radość, nienawiść, złość, obojętność.....
Tak,  obojętność to w pewnym momencie jedyne uczucie.

Nie zostaliśmy zakwalifikowani do rządowego programu in vitro.
To trwało jakieś 15-20 minut.

Kolejny raz przekonałam się o brakach w wiedzy u osób przygotowujących ustawy.
Jak znam życie, pisał tę ustawę, jakiś stary pierdziel, tudzież stara sflaczała panna, którzy nie maja bladego pojęcia o funkcjonowaniu ludzkiego organizmu.

Nie zakwalifikowaliśmy się, ponieważ dla ministralnego programu nieistotna jest JAKOŚĆ nasienia, a ILOŚĆ.
Jako, że mimo fatalnej morfologii plemników (jakości, budowie plemników) ilość/koncentracja plemników dotychczas była w normie (czyli posiadamy duuuużo złych plemników).
Dopiero ostatnie badanie z września wykazało ilość ogólną plemników mniejszą niż zakładana programowo.

Wszystkie nasze wcześniejsze (od ponad roku) wizyty u kolejnych cholernych ginekologów KONOWAŁÓW nie zostały zakwalifikowane jako LECZENIE NIEPŁODNOŚCI
Dopiero tegoroczne zostały uznane jako UDOKUMENTOWANE leczenie niepłodności.
Wszelkie badania tarczycy, moje prywatne hormony, inseminacja, nie zostały zakwalifikowane jako udokumentowany początek leczenia.

Wyjść, wg słów pani doktor z klinika mamy kilka:

1. Zakupić podstawowy program in vitro ok 4000-5000 zł. 

2. Żeby zakwalifikować się z przyczyny słebego nasienie - znalezienie adrologa, który będzie udawał, że leczy Męża, robienie co trzy miesiące wyników nasienia, w nadzieji, że się nie poprawią (bo jeżeli wzrośnie ilość ogólna plemników, to będzie nas dyskwalifikowało!!!! ) i przyjechanie z równie kiepskimi wynikami w przyszłym roku w lipcu, to będziemy posiadali UDOKUMENTOWANY rok !
Ja w tym czasie mam sobie ZROBIĆ 6 monitorowanych, stymulowanych cykli, choć pani doktor wie, że to NIC NIE DA (no bo taratozospermia - znikoma ilość prawidłowo zbudowanych plemników) i szanse na zapłodnienie mamy takie same jak na trefienie głównej wygranej w totolotka.

3. Aby zostać zakwalifikowanym z powodu niepłodności idiopatycznej, mamy robić to samo i czekać do lipca 2016. W przypadku, gdyby, np. jakość nasienia się odrobinę poprawiła i przekroczyła ministerialne zalecenia !

W recepcji okazało się, że standardowy  program in vitro kosztuje 4500, ALE....
w jego skład nie wchodzą poszczególne WYMAGANE podczas procedury badania, za które należy dodatkowo zapłacić. I taki koszt to i tak ok. 10 000 zł. Opadły mi ręce, nogi i wszystko inne.
Wyszliśmy z Kliniki jak zombi....
Bez planów, bez nadzieji.

Wniosek - każda para, która po roku regularnych starań, nie jest w ciąży, powinna udać  się na pierwszą wizytę do jakiejkolwiek Kliniki Leczenia Niepłodności.
Gdybyśmy w końcu nie trafili do pani doktor z Bydgoszczy, która powiedziała jakie badania wykonać, nie znaleźlibyśmy się z Doktorem Karolem, który wszystkie te badania wykonał, dalej szwędalibyśmy się po ginekologach z mizerną wiedzą!

Już wiem, co piszą na portalach dla ludzi z problemem niepłodności, aby nie czekać i udać się na wizytę.

Teraz wiem, jak Kliniki Leczenia Niepłodności napędzają sobie klientów. Przecież każdy, kto się tam udaje, jest zdesperowany. Nie zaczyna się szukania problemu braku ciąży od wizyty w Klinice, a zazwyczaj jest to OSTATECZNOŚĆ.
Proponuje się więc tym ludziom zakup (nawet na kredyt, a jakże) programu.
I co robi para, która od lat stara się o dziecko?
Która od roku lata od ginekologa do ginekologa, od lekarza do szpitala.....no co ??

ZACZYNA SIĘ ZASTANAWIAĆ - CO TERAZ ????? 

Mama powiedziała, że być może znajdą się pieniądze ( czyli, że moi rodzice znajdą pieniądze)

Sprawę w swoje ręce wczoraj wzięła moja Szwagierka.
Zaproponowali nam 3000 zł. Przycisnęli Teściową aby się dołożyła....i tak dziś w naszym domu odbędzie się narada rodzinna.

A co robi zdesperowana para - pozbywa się dumy, przełykając łzy, czując się kompletnie do dupy - zgadza się, aby to rodzina sfinansowała całą procedurę....


czwartek, 2 października 2014

4 dni do godziny Z

Czas leci, jeszcze tylko 4 dni...

Dokumenty zebrane, skompletowane i poukładane. Nic więcej nie jesteśmy w stanie zrobić. 
Tylko czekać.

To już drugi tydzień przyjmowania Bromergonu na podwyższoną prolaktynę.
Na początku po zażyciu połowy tabletki, czułam się jak gdybym otrzymała cios w skroń. Chodziłam zakręcona, wycofana i obojętna.
Teraz organizm przyzwyczaił się do tej dawki, już nie odczuwam tego co wcześniej, teraz, jestem wciąż zmęczona. Kompletnie nic mi się nie chce i to wcale nie z powodu jesiennej aury.
Jeszcze tylko 18 tabletek. Poza tym zobaczymy co na to powiedzą w Klinice.
Plan na tę chwilę jest taki, aby nie poddać się zmęczeniu.
Codziennie rano powinnam zaliczyć 5 kaemów truchciku na rozbudzenie i odmulenie. 
Dziś sprawdziło się rewelacyjnie, poza tym - taki dystans nie jest zbyt wielkim obciążeniem dla organizmu i mam nadzieję, że podczas całego procesu ( i późniejszej ciąży :) również będę mogła zażywać tej formy aktywności.

Dziś odbieram dokumentację zabiegu inseminacji. Sama jestem ciekawa, co doktorek zamieści, bo na bieżąco - przy mnie nie zakładał żadnej dokumentacji. To kolejny powód dla którego cieszę się, że nareszcie trafimy do (mam nadzieję :) kompetentnych ludzi.
Niestety d. Mizarewicz w moim odczuciu nie wykazał się kompetencją. Wykonał zabieg bo chyba miał wrażenie, że tego oczekiwaliśmy. To że całą procedurę rozpoczął w zbyt wczesnej fazie cyklu, bez wykonania podstawowych badań spowodowało, że niestety nigdy nikomu nie polecę usług tego lekarza. Stracone pieniądze, na zabieg, który nie miał prawa się udać, nie jest bez znaczenia.

Jako że Połówek kompletnie nie ma pojęcia jak to wszystko wygląda ( zabiegi i procedury In vitro), oczywiście angażuje się we wszystkie badania, wyjazdy itp, natomiast to na mnie spoczywa ciężar kompletowania dokumentów, wyszukiwania informacji jak proces przebiega - ostatnio zaczęłam go uświadamiać. Że w wyniku in vitro, jest duża szansa na ciąże bliźniaczą - oboje stwierdziliśmy, że DAMY RADĘ!
Chyba nawet chciałabym bliźnięta - to załatwiło by marzenia o dwójce dzieciaków w rodzinie.