czwartek, 10 lipca 2014

Czuję, że muszę.....

Muszę, napisać.....
Od wczoraj czuję, że muszę...
Inaczej zwariuję.
Nie da się o tym z nikim porozmawiać, ludzie albo unikają tematu, bo nie wiedzą co powiedzieć, albo kompletnie nie zwiedzą o czym mowa i....unikają tematu. Trudno ich nie rozumieć, żadna kobieta, para, której udało się zostać bez problemu rodzicami, nie czuje tego co my.

Tak! Walczymy o dziecko. Chcemy zostać rodzicami.
Od kilku lat próbujemy.
Zdrowa dieta, termometry, testy, zioła....i coraz większa determinacja. 
Potem złość, zniechęcenie, wizyta u lekarza....czekanie.
Tutaj nie da się iść na skróty, cykl trwa prawie miesiąc. Badania wykonuje się w tym, czy innym dniu cyklu, więc skoro nie udało dostać się do lekarza Tu i Teraz, to kolejny miesiąc do dupy...



Od ponad roku szwendamy się po lekarzach, gabinetach, laboratoriach, w między czasie bzykamy się w odpowiednim czasie przyjmując kolejne tabletki, zastrzyki, przechodząc zabiegi i zastanawiając się, czy zdecydować się na kolejną inseminację,  czy już możemy przystąpić do kwalifikacji in vitro, czy szukać ośrodka adopcyjnego....

A tu kolejny miesiąc temperatura zgodnie z określonym dniem cyklu spada. Czyli się nie udało. Dziś popołudniu najpóźniej wieczorem dostanę ten cholerny okres. 
I co teraz ??

Teraz oby okres jak najszybciej się skończył, bo już  w przyszłą środę, badanie drożności jajowodów.
Lęk...przed nieznanym. Jak będzie, czy to boli, na forach ( coraz rzadziej zaglądam na fora) piszą, że ...boli, nie boli, znośnie było, koszmarnie... 
Trudno, nikt nie umarł po tym zabiegu to i ja wytrzymam. Chyba.

A co potem ??
No to zależy od wyniku. I znów człowiek czepia się nadziei, że to na pewno to i następny miesiąc, kolejny cykl będzie tym, w którym uda się ujrzeć, te cholerne dwie kreski na teście. 
Ale w międzyczasie (taaaaaa - międzyczas jest ZAWSZE - czyli wtedy kiedy nie czekasz na kolejną wizytę, nie masz akurat dni płodnych) trzeba zdecydować co dalej

I znów - poszukiwania kliniki.
 Tutaj,  w mieście  oddalonym o 50 km, bo przecież na wizyty czasem trzeba będzie jeździć codziennie, co drugi dzień, co tydzień....ale opinie klinika ma średnie - no ale jest blisko. 

Dalej, 120-140 km...niby lepsze opinie, ale jeździć tak daleko, a czy my to z praca pogodzimy, czy finansowo damy radę ? Czy kłopoty z zajściem w ciążę, problemy dotykają tylko bogatych ? Czy tylko ja boję, się, że mnie nie stać. Bezpłatna opieka lekarska - kpina naszego wieku. Każda inseminacja to 1000 zł +wizyta, refundowane in vitro - kilka tysięcy złoty (badania potrzebne zakwalifikowania kosztują mnóstwo pieniędzy, których nikt nie refunduje )
Do tego leki i witaminy....

Czy udać się na pierwszą (płatną) wizytę do kliniki leczenia niepłodności z badaniami i wynikami które już mamy ? A co jeżeli zlecą kolejne już płatne badania ? 
Idealnie byłoby znaleźć lekarza u nas w mieście, który będzie mógł wypisać skierowania na badania na NFZ które zaleci klinika. 

A czas ucieka.....może adoptować dziecko ? Trzeba się pośpieszyć, bo....jakieś przepisy, wewnętrzne uregulowania mówią, iż między rodzicami adopcyjnymi a przysposobionym dzieckiem nie może być większej różnicy niż 40 lat. T. ma 41 lat, ja 33. Czy przepis ten mówi o jednym, czy obojgu rodziców - już nigdzie nie piszą. Jesteśmy zdecydowani adoptować dziecko do 2,5 lat. Procedury adopcyjne trwają....czasem długo. Wszystko zależy od widzimisie ludzi, którzy pracują w takich ośrodkach.... Wiem, że w takich ośrodkach trwa swoista loteria. Zdrowe, maluszki idą do "znajomych i krewnych królika" Reszta może ewentualnie brać co zostaje......

I to ogólne niezrozumienie... Wkoło rodzą się dzieci - u znajomych, szwagrów, bratowych.... Chrzciny, spotkania - a człowieka po czymś takim aż skręca. 
Mama wie o co chodzi, teściowej chyba to nie interesuje. NIGDY nie zapytała, co robimy, gdzie się leczymy, jak się leczymy. Wystarczy jej, że WIE, że się leczymy. 

Małż też to przeżywa. Wiem, widzę..... Nie wiem co on czuje, kiedy kolejny raz okazuje się, że ZNÓW się nie udało....kiedy widzi jak się miotam, zastanawiam się co dalej. 

Jak oswoić walkę, jak zbudować wokół tego normalne życie. Jak zaplanować przyszłoroczny urlop...człowiek myśli - przecież mogę być w ciąży, na pewno będę w ciąży, albo będziemy mieli już dziecko. Małego Gnojka.... Nie Słodziaka, Niunię, Skarbeńka, Córunię, Syneczka - małego Gnojka, 
Tak o NIM w tej chwili myślę. 

Tak, mebelki do pokoju Gnojka wybrane, już wiem, jak pomalujemy ściany. Imiona wybrane..... 
Ale to było na początku ekscytujące, wykresy i mierzenie temperatury - nawet zabawne na początku, seks na zawołanie był śmieszny.... Teraz myślę, żeby już było po wszystkim.... Być już w tej cholernej ciąży, nie musieć więcej myśleć...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz